W poniedziałek, 21 sierpnia, w warszawskiej Proximie swój pierwszy koncert w Polsce zagrał zespół Phantogram. Choć muzycy występują na największych festiwalowych scenach i wyprzedają teatry w Ameryce, w kameralnym tłumie i niewielkim polskim klubie czuli się jak w domu.

Od samego początku występ Phantogram budził dużo emocji. Ogromną niewiadomą była koncertowa frekwencja. Zarówno fani jak i organizatorzy spodziewali się tłumów, w końcu to pierwszy koncert kapeli w naszym kraju. Niestety okres festiwalowy i pierwszy dzień tygodnia nie są najbardziej sprzyjającym czasem dla klubowych koncertów. Pomimo to do Proximy przyjechali fani zespołu z dosłownie całej Polski. Śmiem twierdzić, że warszawiaków było mniej niż „przyjezdnych” słuchaczy.

Odrobinę spóźnioną (przez przedłużającą się próbę dźwięku) rozgrzewkę przed gwiazdą wieczoru zapewnili Decadent Fun Club. Młody, warszawski zespół zaprezentował się co najmniej ciekawie. Stylistycznie w mojej opinii bardzo przyzwoicie. Idealnie pasowali ze swoją mroczną energią choć zabrakło mi więcej kontaktu z publicznością. Kilka minut przed punktem kulminacyjnym wieczoru zastanawiałam się czy zespół będzie w stanie wczuć się w intymny klimat, który zapewnia kilkadziesiąt osób pod sceną. Nawet ja potrzebowałam chwili, żeby wyjść z trybu festiwalowego, gdzie tysiące osób to właściwie głuchy tłum. Okazało się, że pod sceną Proximy można nie tylko spotkać ciekawych ludzi z całej Polski, ale i podzielić się opiniami o ostatniej płycie czy obawami o ewentualny powrót zespołu po bardzo małej obecności fanów.


Wszelkie niepokoje zostały rozwiane z chwilą, gdy na scenie pojawili się Sarah Barthel i Josh Carter z zespołem. Ciężko słowami opisać energię, z którą wkroczyli przed mikrofony i instrumenty. Jeśli oglądaliście jakieś nagrania „live” z ich koncertów, to gwarantuję, że nie były one w połowie tak dobre jak koncert w rzeczywistości. Może właśnie to specyficzne intymne spotkanie z dosłownie grupką ludzi na drugim końcu świata dodało wyjątkowości wydarzeniu. Koncert rozpoczął kawałek „You’re Mine”, czyli bez zmian w porównaniu z pozostałą częścią trasy koncertowej. Wybrzmiał jednak bardzo symbolicznie, wręcz hipnotyzująca Sarah przekonała każdego słowami “Skup się na mnie, spójrz w moje oczy, jesteś mój”. Warto wspomnieć, że artyści mają niesamowitą chemię na scenie, a wokalistka potrafi porwać tłumy do tańca i śpiewania. W setliście nie brakowało najbardziej znanych kawałków spod szyldu Phantogram takich jak “Black out Days”, “Don’t Move” czy “Mouthful Of Diamonds”. Odrobinę komiczne wydawało się przypominanie co jakiś czas przez Josha, jak nazywa się zespół i skąd pochodzą, z drugiej jednak strony było to urocze i oczywiste, grając po raz pierwszy w dalekim kraju. Pewnie najzwyczajniej w świecie nie zdawał sobie sprawy, że na tym koncercie nie ma ani jednej przypadkowej osoby. Podczas występu wyczuwalna była radość i frajda z bycia na scenie. Myślę, że artyści poczuli się jak w młodzieńczych latach, kiedy na początku swojej kariery grali w małych, klimatycznych klubach. Kawałki z ostatniego albumu “Three” brzmiały dla mnie nawet lepiej niż na płycie. Ogromna dawka energetyczna i emocjonalna każdego utworu uderzała tłum raz za razem, nie zwalniając tempa. Na zakończenie występu pozostało oczywiście “When I’m Small”. Muzycy zareagowali na skandujący nazwę zespołu tłum, wrócili na bis i właśnie wtedy nastąpił najbardziej intymny moment koncertu. Sarah podzieliła się z fanami historią kryjącą się za albumem “Three”, poświęconemu jej siostrze, która popełniła samobójstwo. Zapewniła słuchaczy, że nie ma nic złego w tym, kiedy jesteś inny, że coś czasem wydaje się być nie tak i prosiła, aby nieść pomoc wszystkim, którzy takiego wsparcia potrzebują. Następnie artystka wykonała utwór “Destroyer” w hołdzie siostrze Becky. Fani docenili tak emocjonalne wykonanie brawami większymi, niż mogła zapewnić niejedna festiwalowa publika. Zespół zakończył koncert energetycznym „You Don’t Get Me High Anymore”.

Muszę przyznać, że każdy, kto nie pojawił się na tym koncercie, ma czego żałować. Taka atmosfera i możliwość intymnego spotkania z twórczością Phantogram już się nie powtórzy. Zespół pokazał kunszt i ogromny szacunek dla swoich fanów. Po koncercie wyszli do osób czekających pod sceną, aby chwilę porozmawiać, zrobić sobie z nimi zdjęcia oraz podpisać płyty i rozdane setlisty. Zapamiętam te chwile i będę do nich wracać podczas kolejnych występów w naszych kraju już z pewnością przed setkami, może tysiącami osób.

Sandra Cieniawska

zdjęcie w nagłówku: Timothy Saccenti, materiały promocyjne wytwórni Barsuk Records