Tegoroczny Kraków Live Music Festiwal odbył się w dniach 19-21 sierpnia na terenie Muzeum Lotnictwa. Rozpoczął się od koncertu Terrific Sunday, a zakończył na występie Muse. Kraków Live ma specyficzny klimat, który doskonale wpisuje się w życie Krakowa i sprawia, że ten festiwal jest bardziej kameralny, co dodaje mu  jeszcze więcej uroku.

Dzień pierwszy Kraków Live Music Festival rozpoczęliśmy z Terrific Sunday. Damian Marley natomiast zabrał wszystkich na Jamajkę, gdzie za sprawą jego muzyki można by relaksować się przy zimnym drinku lub innych używkach. Natomiast o 21 sceną zawładnęła Sia. Przez cały koncert trzymała się z boku sztywno stojąc i śpiewając do podkładu muzycznego. Tak naprawdę główną rolę w całym koncercie odgrywała grupa tańczących aktorów, którzy robili całe przedstawienie. Wielkie wrażenie zrobiło wcześniej nakręcone wideo, które było wyświetlane na telebimach, a które ściśle pokrywało się z tym co działo się na scenie. Sama artystka przez cały koncert stała w jednym miejscu, zwracając się do publiczności dopiero na samym końcu.

Na Kraków Stage tego dnia zagrali: Coals, Algiers, Julia Marcell oraz po północy Natalia Nykiel. Pierwszego dnia festiwalu publiczność czekała na Massive Attack i z pewnością się nie zawiodła. Był to koncert, który skupił największą liczbę publiczności tego dnia przed dużą sceną. Usłyszeć można było takie kawałki jak Ritual Spirit czy Voodo In My Blood. Na uwagę zasługuje także oprawa wizualna występu. Na ekranie pojawiały się pytania: Jaki jest sens życia? Dlaczego umieramy? Jaki jest cel życia? Duże poruszenie wywołały także napisy o treści politycznej dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, partii politycznych,  spraw europejskich, imigrantów, wojny. Był to koncert, który bardzo silnie oddziaływał na słuchaczy, i który na długo pozostanie w pamięci.

Fot. Sam Kinsella

Fot. Sam Kinsella

Dzień drugi to zdecydowanie najlepszy dzień, jeśli chodzi o line-up. Podobnie jak pierwszego zaczęliśmy polskim akcentem, czyli od katowickiego zespołu Jóga, który zabrał nas w podróż po muzycznych dźwiękach rodem z Islandii. Później biegiem na The Dumplings i z powrotem pod scenę główną na The Neighbourhood, tylko po to, by usłyszeć Sweater Weather, Cry Baby. Następnie Hey z Kasią Nosowską, która mimo, że jeszcze na krześle, to ma się znacznie lepiej i wraca do zdrowia. Ten koncert zgromadził wielu fanów, którzy skupili się nawet przed namiotem. Tymczasem o 20:45 na scenę główną wyszła rewelacyjna Róisin Murphy. Można nawet stwierdzić, że przebiła Się. Nie dość, że miała prawdziwy band, to jeszcze sama zachowywała się jak rasowa aktorka i zmieniała swoją stylizację w każdej kolejnej piosence, a czasem nawet w trakcie trwania jednej. Poza tym genialnie udało jej się połączyć elektronikę i żywe instrumenty.

Cage The Elephant, tego występu nie można było sobie odpuścić. Zespół wystąpił po raz pierwszy w Krakowie. Już na samym początku zebrała się duża grupa fanów czekających na występ Amerykanów, która  powiększała się z każdą chwilą, zapełniając namiot. W końcu zespół pojawił się na scenie i od razu porwał swą energią wszystkich zgromadzonych. Usłyszenie na żywo utworów takich jak: Trouble, Mess Around, Cold Cold Cold,  In One Ear, Back Against The Wall i Ain’t No Rest For The Wicked, Tell Me I’m Pretty było niezwykle satysfakcjonujące. Cage The Elephant było dobrą rozgrzewką przed niekwestionowaną gwiazdą wieczoru – The Chemical Brothers. Nogi, ręce, głowa, wszystkie kończyny rwały się do tańca, gdy tylko usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Galvanize, Go, Hey Girl Hey Boy. Wrażenie robiły też światła towarzyszące muzyce podczas występu, lasery i mini satelita, który skupiał lub rozpraszał wiązkę promieni. Na sam koniec na scenie pojawiły się dwa ogromne roboty, które poruszały kończynami, a z ich oczu strzelały lasery. The Chemical Brothers zrobili swoje, a publiczność bawiła się wyborowo. Drugi dzień koncertów zakończył Kortez.

Fot. Sam Kinsella

Fot. Sam Kinsella

O ile przez pierwsze dwa dni pogoda była wyśmienita, ciepło, słońce, to ostatniego dnia już od 13:00 zaczęło padać. Z pewnością nie ucieszyło to fanów Muse, którzy już o tej porze czekali przed wejściem na teren festiwalu. Ale gdy tylko bramy zostały otwarte, mimo deszczu popędzili oni pod główną scenę, by zająć sobie najlepsze miejsca. Po godzinach wyczekiwania na scenie pojawił się Ørganek. Dało się wyczuć, że występ był robiony pod Muse, bo było dużo instrumentalnych i bardziej wymyślnych aranżacji, co raczej średnio się udało. Oczywiście można było usłyszeć najpopularniejsze utwory jak: Głupi Ja, Kate Moss…, ale wszystko zdawało się brzmieć tak samo, zlewało się w jedno i po jakimś czasie zaczęło nudzić. Wszyscy wyczekiwali na gwiazdę wieczoru, a właściwie można by powiedzieć gwiazdę całego Kraków Live Music Festival, bo to głównie na ten koncert przybyła znaczna część festiwalowiczów. No i się nie zawiedli! Występ w Polsce był ostatnim występem grupy z tej części touru promującego album Drones. Co prawda nie było dronów i obrotowej sceny, ale to w niczym nie przeszkadzało. Deszcz był już niczym w porównaniu z muzyką płynącą ze sceny. Koncert trwał ponad 1,5 godziny. Publiczność już od samego początku zaczęła skakać i śpiewać, nie było ani chwili wytchnienia. Zespół porwał w górę takimi kawałkami jak Psycho, Dead Inside, Supermassive Black Hole, Uprising, Starlight, Madness, zamykając swój występ kawałkiem Kings Of Cydonia.

Teraz pozostaje nam tylko czekać na kolejną edycję i  zespoły, które pojawią się w Krakowie za rok.

Barbara Skrodzka

Kraków, 22.08.2016 r.