Na następcę Pygmalion, ostatniego krążka pierwszego etapu działalności Slowdive, czekaliśmy 22 lata. Zespół powrócił do grania w 2014 roku, a teraz wydał czwarty album. Trzy lata temu byliśmy świadkami pamiętnego koncertu na OFF Festivalu. Całe szczęście, że na kolejny nie musieliśmy czekać następnych dwudziestu dwóch.

Zanim na stół zostało podane główne, wyczekiwane przez wielu fanów danie, zaserwowana została przystawka – choć przyznać trzeba, że dało się nią nasycić. Mowa o Blanck Mass – solowym projekcie Benjamina Johna Powera z Fuck Buttons. Występ od samego początku był głośny – szczerze mówiąc, przez długi czas brzmiał jak kilka jednocześnie nałożonych na siebie utworów. Nie przeszkadzało to jednak bawić się dobrze autorowi występu – widać było zaangażowanie oraz chęć rozruszania publiczności, która jednak nie dawała się przekonać. Jako fan przesterowanego wokalu ucieszyłem się gdy Benjamin chwycił za mikrofon i w konsekwentnie realizowanej stylistyce dołączył swe gardłowe dźwięki do całości. Tworzyły one dodatek do melodii, a nie oddzielny byt, jak to zazwyczaj bywa w typowych piosenkach. Po pewnym czasie występ Blanck Mass uspokoił się, co pomogło nieco rozruszać publiczność nieprzyzwyczajoną do eksperymentalnych dźwięków pokroju pierwszej części koncertu. Na nieszczęście większości widzów, a ku mojej uciesze, końcówka występu znów zabrzmiała jak początek, tylko chyba jeszcze bardziej agresywnie. W sumie po czterdziestu pięciu minutach założyciel Fuck Buttons zszedł ze sceny, i to – o dziwo – w niemałych oklaskach.

Po półgodzinnej przerwie na scenie pojawiła się główna gwiazda, najjaśniej tego wieczoru świecąca. Brytyjska legenda shoegaze’u rozpoczęła bardzo spokojnie, choć tak naprawdę cały koncert był spokojny – nawet w momentach, gdy w publiczność uderzała ściana dźwięku, to był to chaos w stu procentach kontrolowany. Dźwięki pierwszych utworów nawet nie płynęły, a raczej delikatnie sączyły się z głośników. Slomo i Catch the Breeze były świetnymi otwieraczami, szczególnie że na koncert przyszły osoby skoncentrowane na chłonięciu dźwięków, a nie na pochłanianiu hot-dogów i rozmowach ze znajomymi, co niestety zdarza się coraz częściej. Przyznać trzeba, że średnia wieku publiczności była nieco wyższa, niż na typowym wydarzeniu w stolicy.

Podczas koncertu promującego nową płytę nie mogło zabraknąć Star Roving, jednego z singli ostatniego dzieła Brytyjczyków. Nie musieliśmy na niego długo czekać, gdyż został zagrany jako jeden z pierwszych utworów koncertu, co wywołało falę entuzjazmu wsród tłumnie zgromadzonej pod sceną publiki. Wielkim prezentem od zespołu było po raz pierwszy w historii zagrane na żywo Don’t Know Why, pochodzące z tegorocznego albumu grupy, Slowdive.

Mniej więcej w połowie koncertu podczas nieco dłuższej przerwy na strojenie gitary Neil Halstead stwierdził, że publiczność jest niezwykle cicho, na co cały tłum fanów zaczął krzyczeć, oklaskiwać i skandować nazwę zespołu. Wokalista Slowdive niepotrzebnie się wysilał – chwilę później zabrzmiały pierwsze dźwięki When the Sun Hits, największego hitu grupy, co wywołało chyba największy aplauz i wrzawę podczas całego koncertu. Na finał shoegaze’owego przeboju wszech czasów dobrą robotę wykonały proste, lecz efektowne, na żółto migające – i oślepiające publiczność – światła. Zaraz potem grupa zagrała kolejne dwa, nie mniej znane utwory – stare, ale w dalszym ciągu piękne Alison oraz nowe, ale też bardzo popularne Sugar for the Pill. Zasadniczą część koncertu zakończył cover utworu Golden Hair autorstwa Syda Barretta.

Publiczność zaczęła ochoczo wzywać Brytyjczyków do powrotu na scenę, a ci nie odmówili. Bis był zadowalający, bo składający się z trzech utworów, choć tak naprawdę każdy zgromadzony na wczorajszym koncercie chciał, aby ten nie kończył się wcale. Jeśli pierwsze dwa utwory występu nazwać delikatnym przypływem bezkresu oceanu, to końcówka zdecydowanie była jak spokojny odpływ, i to o zachodzie słońca. No Longer Making Time, Dagger oraz 40 Days zakończyły malowniczy koncert legendy.

Dominik Fert
03.10.2017, Warszawa
fot. Grzegorz Szklarek