Jeszcze parę tygodni temu zachwycałem się dźwiękami Alyson Vane, a teraz wpada mi w ręce płyta kolejnego polskiego zespołu, który ostre, rockowe granie przeplata elementami elektroniki. I tak samo jak wtedy, znów przekonuję się, że w tym temacie jeszcze wiele można pokazać.

O samym Temper Temper w zasadzie nie jestem w stanie wiele powiedzieć. Zespół pochodzi z Łodzi, w kwietniu wydał debiutancki album Plague i ten właśnie album dotarł teraz do mnie. Chłopaki grają mieszankę dość surowego i żwawego rocka ze wstawkami elektronicznymi, zahaczającymi momentami o trip-hop. Jeśli zastanawiacie się, jak się to wszystko trzyma kupy, to już odpowiadam: jest cholernie dobrze.

Lekkie zdezorientowanie wywołał we mnie fakt, że wyszukiwarka na hasło Temper Temper zwraca jedynie album grupy Bullet For My Valentine. Jak bardzo mylące jest to pierwsze wrażenie, o tym przekonuje nas już pierwszy utwór – Float. Dość powiedzieć, że kiedy słuchałem płyty przy otwartym oknie i na zewnątrz  zaczęli akurat kosić trawę, to zamiast zamknąć okno, podgłośniłem muzykę. Na tyle, żeby kosiarek już nie było słychać.

Zaczyna się od trzęsienia ziemi i dalej jest tylko lepiej. Przywitani zostajemy muzycznym strzałem z armaty, a fala uderzeniowa rozchodzi się płynnie aż do samego końca albumu. Cichsze i łagodniejsze partie nie gryzą się ani trochę z niemal punkowym gitarowym szarpaniem. Dzieje się tu naprawdę dużo. Czasem wieje Rage Against The Machine, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarę. Innym razem schodzimy do klimatów bliższych Portishead czy Massive Attack. Klamrą, która to wszystko spaja jest tu chyba klimat: nieco ponury i niewypuszczający z uścisku ani na moment.

Muszę przyznać, że dawno nie byłem tak pozytywnie zaskoczony nowym albumem. Nawet gdybym miał wielką ochotę, to nie bardzo jest się tu do czego przyczepić. Plague od Temper Temper to kawał solidnego materiału, do którego na pewno wrócę jeszcze nie raz. Ekipa z Łodzi nie zostawiła tutaj ani chwili na nudę, a do tego udało im się stworzyć bardzo spójną kompozycję. Pozostało mi teraz jedynie wybrać się na koncert i przekonać się, czy taki sam ogień jak na płycie, dzieje się również na scenie.

Ulubiony utwór: Before the Nothing
Ocena: 9/10

Maurycy Chronowski
Kraków, 30.05.2017